Ile wart jest Twój pomysł?

Wydawać by się mogło, że myślenie o zachowaniu widoku paryskiej ulicy na obrazie przed wynalezieniem aparatu fotograficznego było czystą abstrakcją. A tymczasem, kiedy w 1839 roku Louise Daguerre pstryknął pierwszą fotografię (której czas naświetlania wynosił kilka długich minut) wynalazek - mimo, że po nim nic nie było już takie samo - został płynnie przyjęty przez społeczeństwo i rząd francuski, który ogłosił zresztą, że należy on do całego świata. I hulaj dusza! I portrety rodzinne, i selfie w łazience. Nieważne. Ważne jest to, że ludzie byli przygotowani na tego typu rozwiązania - chociaż spektakularnie innowacyjne, to jednak wpisane w jakiś kontekst - bo o tym, że można zapisać obraz na papierze już słyszano.

Pomysł zbyt innowacyjny

Im starsi jesteśmy, tym więcej barier wokół siebie budujemy – barier, które z reguły zauważa jedynie “szkiełko i oko”. I potem zaczyna się narzekanie, że wszystko już było. Na szczęście z takiego założenia nie wyszli ani twórcy internetu, ani lodów o smaku karmelu z solą. W pierwszym przypadku idealnie trafili w potrzeby współczesnego człowieka (indywidualisty, który żyje w grupie), a w drugim poszli pod prąd z czymś dobrze znanym.

Słyszeliście o zasadzie MAYA? Most Advanced, Yet Acceptable. Kierował się nią jeden z najsłynniejszych projektantów samochodów – Raymond Loewy. Może ta myśl była truizmem, ale czasem zapomina się, że innowacyjność naszego projektu przestaje mieć sens, jeśli nikt nie chce go używać. O ile większość z nas jest ciekawa nowych rzeczy, o tyle bardziej lubimy to co już znamy – na przykład piosenki, które już słyszeliśmy.

Interfejs, choćby jego design wymiatał z kapci, będzie bezużyteczny, jeśli nie będzie użyteczny. Nie, to nie masło maślane. Nie chodzi o to, aby zatrzymywać swoje pomysły w połowie drogi, tylko o to, że pomysł sam w sobie jest po prostu ciekawostką i dopiero pozytywne doświadczenia jego użytkowników mierzą jego wartość.

Badajmy się!

I nadchodzi wielkie słowo “użyteczność”, które dudni z tyłu głowy każdego projektanta UX. Tylko, że nie dla wszystkich musi ono oznaczać to samo. Ogólnie przyjętym standardem jest stworzenie person użytkowników, do których kierujemy swoją ofertę. Dzięki temu wiemy do kogo mówimy – czyli jak mówimy. To tak, jakby przygotowywać kolację dla gości z różnych krajów i różnych kulinarnych regionów – na każdym talerzu podamy coś innego, ale skoro wiemy, że przyjdą Włosi, Francuzi i Niemcy, to wiemy też, co na tych talerzach będzie i jak mają wyglądać nasze dania.

…chyba, że jesteśmy Apple

I w tym momencie słyszymy odgłos gryzionego jabłka – wszystkie oczy na Apple! Jedna z najpotężniejszych marek świata, która wyznacza kierunki rozwoju całej branży i jest mistrzem designu, testy użyteczności ma w głębokim poważaniu. Nigdy nie pyta swoich miłośników o to, czego im brakuje w najnowszym iPhonie. Jabłko ma zresztą hopla na punkcie niezdradzania tajemnicy produktu przed premierą do tego stopnia, że nawet zespoły projektowe nie wiedzą zbyt dużo o swojej wzajemnej pracy. No to jakim cudem produkty Apple są tak doskonałe pod względem designu i użyteczności? Wszystko, każda najdrobniejsza rzecz zaczyna się od myślenia o designie i użyteczności. Apple to jednak nie marka – to stan umysłu, w który chcą wpadać jej użytkownicy. To oni chcą być jak Apple – wyjątkowi, stylowi, pewni siebie – a nie odwrotnie.

Trzeba jednak pamiętać, że Apple to specyficzny przypadek – zresztą na osobny artykuł. Jeśli wypuszczamy na rynek nieprzetestowany serwis czy aplikację, to trochę tak, jakbyśmy zarzucili wędką na ryby i wrzucili ją do rzeki w nadziei że wypłynie na brzeg z naszym surowym obiadem. Natomiast od Jabłka warto zaczerpnąć zafiksowanie się na patrzenie oczami użytkownika – bo pomysł jest wart tyle, ile klient za niego zapłaci.

Polecane artykuły

`